Sklepy cynamonowe (B. Schulz)

Sierpień

Upalne lato w mieście. Po wyjeździe ojca „do wód”, bohater zostaje z matką i starszym bratem. Służąca Adela przynosi rankiem z targu pachnące owoce i pożywne wiktuały obiadowe.

Sobotnie popołudnie to pora spaceru. Zalany słońcem rynek świeci pustkami, tylko w rogu grupka obdartusów gra w guziki i monety. Podmiejskie domy toną w powodzi kwiatów. W roślinnym gąszczu bodiaku stoi łóżko Tłui - upośledzonej umysłowo dziewczyny. Jej matka, mała, żółta kobieta, wynajmuje się do szorowania podłóg u ubogich ludzi. W takim ubogim mieszkaniu z glinianą polepą mieszkała stara Maryśka.

W jednym z domów z ogródkiem mieszka ciotka Agata, gruba, piegowata kobieta. Jej mąż, wuj Marek, jest małym, zgarbionym człowieczkiem. Bezskutecznie próbuje się oprzeć fali narzekań i skarg swojej żony. Kuzynka Łucja, to młoda oso-ba z twarzą ciągle oblaną rumieńcem. Jej brat Emil z bezbarwną twarzą, odziany w elegancki strój opowiada o egzotycznych krajach, z których powrócił. Ten mistrz sztuk karcianych pokazuje chłopcu fotografie nagich kobiet i młodzieńców.

Nawiedzenie

Dom w rynku nie różnił się niczym od innych. Łatwo było się pomylić, a wte-dy człowiek wpadał w labirynt obcych pomieszczeń. Mieszkanie, zaniedbane, bez dozoru matki przesiadującej w sklepie i z powodu lenistwa służącej Adeli, składało się z kilku pokoi. Dolne pomieszczenia pełne karakonów zamieszkiwali subiekci. Podupadający na zdrowiu ojciec spędzał dnie w łóżku, przeglądając księgi rachunkowe. Sprzeczał się z matką powracającą wieczorem ze sklepu i zarzucał jej niedokładność. Raz rozgorączkowany, niespokojny, innym razem cichy i skupiony. Zamknięty w sobie, mamroczący coś pod nosem, przytłoczony napierającą rzeczywistością. Noc przynosiła wzrost napięcia. Ojciec niczym prorok Starego Testamentu, miotał zaklęcia i groźby.

Ojciec powoli wiądł w oczach. Pogrążony we własnych przeżyciach, potem spokojny i pogodny, „malał jak orzech”. Nie opuszczał go dobry humor, śmiał się i zabawiał. Czasami znikał na całe dnie w przepastnych szafach szukając czegoś i dopiero głos matki przywoływał go na posiłki. Stopniowo usuwał się z życia domu i rodziny.

Ptaki

Nadeszły nudne, zimowe dni. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach, reperował sprzęty. Nie znosił rozmów o interesach. Matki unikał, natomiast wielką czcią darzył Adelę. Wszystkie jej czynności miały dla ojca szczególne znaczenie, a ona sama miała nad nim władzę nieograniczoną. Zaczęło się też zainteresowanie ojca zwierzętami, szczególnie zaś ptakami. Sprowadzał z Hamburga, Holandii, Afryki zapłodnione ptasie jaja. Wylęgały się z nich rozmaite ptaki, które zapełniały mieszkanie. Dla nich ojciec organizował życie, stał się twórcą ptasiej arki Noego.

Koniecznością stało się przeniesienie go do pokoi na poddaszu. Pewnego dnia wpadła do niego Adela ze szczotką i zabrała się do porządków. Po ich zakończeniu w pomieszczeniach został tylko ojciec, niczym król, który stracił tron.

Manekiny

Ptasia impreza była ostatnim buntem przeciwko nudzie miasta. Ojciec wycofał się do pustego pokoju na końcu sieni. Rodzina zapomniała o nim ogarnięta szarością dnia, której nie ubarwiały kolorowe pióra ptaków. Nieposprzątane mieszkanie, matka, która nie mogła przez cały dzień uporać się z toaletą, obiad wspólny z subiektami, poobiednia drzemka matki - oto codzienne, monotonne czynności.

Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozkładały w jadalni materiały. Krawiecki manekin nadzorował w milczeniu pracę dziewcząt. One zaś brodziły w kolorowych ścinkach materiałów, w otwartym oknie chłodziły rozpalone twarze i dekolty. Tak zobaczył je któregoś dnia ojciec. Panny krygowały się. Pokazywały swe szczupłe ciałka. Nawiązało się między nimi porozumienie. W jednej z takich chwil nadeszła Adela niosąc tacę z podwieczorkiem. Ojciec lękliwie zerkał oczekując ataku. Ona jednak z uśmiechem dała mu prztyczka w nos. Roześmiane dziewczęta odtańczyły taniec dookoła stołu.

Traktat o manekinach 1

Szczególnym tematem, któremu ojciec poświęcał uwagę, była materia. On materię wręcz gloryfikował. Twierdził, że nie ma materii martwej, wszędzie ukrywają się nieznane formy życia. Wygłaszając swoje teorie przybierał najrozmaitsze pozy. Jego słuchaczki, panny do szycia, nieruchomo śledziły jego wywody. Ojciec porównywał proces tworzenia Demiurga i człowieka. Ludzie nie kładą nacisku na trwałość, ich twory są prowizoryczne. Demiurgos to mistrz i artysta. Zdaniem ojca człowiek będzie stworzony na obraz i podobieństwo manekina. W chwili, gdy ojciec wymawiał słowo „manekin”, Adela wysunęła się naprzód, uniosła spódnicę i wystawiła stopę opiętą w czarny jedwab. Pantofelek przypominał języczek węża. Ojciec - przed chwilą natchniony mówca - zmalał w sobie i osunął się na kolana.

Traktat o manekinach 2

Następnego wieczora ojciec podjął znów zawiły temat. Materia nie zna żartów. Formy, które człowiek nadaje dla żartu mogą ją ranić boleśnie. Manekin obdarzony jakimś wyrazem na zawsze jest w tym wyrazie uwięziony. Człowiek nadaje materii różne twarze i pozy. Nocą słychać wycie uwięzionych manekinów.

Traktat o manekinach 3

Któregoś z następnych wieczorów ojciec ciągnął dalej swoją prelekcję. Budował przed słuchaczami obraz istot z pozoru tylko podobnych do żywych. Były to formy powtarzające się. Można je było wytwarzać wykorzystując roztwór soli kuchennej. Istoty te oddychały, zachodziła w nich przemiana materii, ale nie było białka i związków węgla.

W starych mieszkaniach można spotkać formy wyjątkowe. Ojciec opowiedział, jak w dawno nie odwiedzanym pokoju zobaczył fantastyczne rośliny oplatające sprzęty. Była to fatamorgana, która zniknęła nim zapadł wieczór. Potem opowiadał o starych plemionach balsamujących zwłoki. Ciała zmarłych ozdabiały ściany pomieszczeń. Jego brat zaś, na skutek długiej choroby, zamienił się w zwój kiszek gumowych, który kuzynka nosiła w poduszkach.

Rozważania przerwała Polda prosząc, aby Adela uciszyła ojca.

Nemrod

W sierpniu pojawił się w domu szczeniak. Niedołężny i piszczący, zawładnął sercem chłopca. Otrzymał imię Nemrod. Piesek był aksamitny, ciepły. Początkowo wystraszony, wolno zaczynał cieszyć się życiem. Kuchnia była jego królestwem, jedynie szorowanie podłogi wprawiało go w nerwowy nastrój. Każda nowa rzecz tak naprawdę nie była nowa, w jego pamięci tkwiła pamięć pokoleń. Nagle zaskoczył go widok karakona. Po raz pierwszy szczekał na stworzenie, które nie zwracało na niego uwagi.

Pan

Najdalszy kąt podwórza przylegał do parkanu, spod którego wyciekała struga błota. Po obluzowaniu deski powstał wyłom, przez który można było dostać się do wielkiego, zdziczałego, starego ogrodu. Porastały go drzewa owocowe i cała roz-maitość traw i kwiatów. Biegając za motylem chłopiec zanurzył się w pola łopianów i bodiaków. Wtem ujrzał kucającego mężczyznę, po pachy zanurzonego w łopuchach. Brudna koszula okrywała grube bary. Dyszał ciężko, z twarzy włóczęgi lub pijaka lał się pot. Brudne kłaki opadały nad wysokim czołem. Jego spojrzenie ujęło chłopca jak w kleszcze. Nagle grymas na twarzy zamienił się w ryczący śmiech. Potem mężczyzna uniósł się i z rękami w opadających spodniach uciekał, tratując wielkie łopiany.

Pan Karol

W sobotnie popołudnie wuj Karol wybierał się w odwiedziny do żony i dzieci, które przebywały na letnisku.

Mieszkanie nie było sprzątane od wyjazdu żony. Wracał po nocnych hulankach i kładł się w nie ścielone łóżko. Spał do późnego przedpołudnia, potem robił staranną toaletę. Lustro pokazywało jego owłosione, nabierające tuszy ciało. Puste, zapuszczone mieszkanie krytykowało go, czuł się w nim jak intruz. Chodził cicho wśród szaf i kończył toaletę. Opuszczał mieszkanie żegnany wrogim milczeniem.

Sklepy cynamonowe

W krótkie, zimowe wieczory ojciec zatracał się w swoim świecie. Izolował się od rodziny, wchodził w porozumienie z kotem. Chcąc oderwać go od chorobliwych rozmyślań, matka zabierała go na wieczorne spacery, a raz nawet rodzina wybrała się do teatru. W trakcie oczekiwania na przedstawienie ojciec wyjawił, że zapomniał portfela z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Zaproponowano chłopcu, aby wrócił do domu i odnalazł zgubę. Szczególnie gwiaździsta noc powodowała, że miasto miało niecodzienny wygląd, ukazywały się podwójne ulice, złudne skróty. Chłopak postanowił odwiedzić jeden ze sklepów, które zwał cynamonowymi dla ciemnej barwy ich boazerii. Wnętrza ich pachniały aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Można w nich było dostać różne osobliwe i egzotyczne rzeczy, a także rzadkie książki. Pragnienie odwiedzenia takiego sklepu zmusiło chłopca do zmiany drogi. Plątanina ulic podobnych do siebie wprowadziła zamęt w jego znajomości topografii miasta. Wnet znalazł się w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Wszedł do budynku przypominającego gimnazjum. Przypomniał sobie lekcje rysunku odbywane późną porą. Nagle odkrył, że znajduje się w nieznanej części budynku. Wszedł do salonu, który nie miał jednej ściany i w tym miejscu łączył się z placem miejskim. Tam wsiadł do dorożki, którą woźnica po chwili opuścił zostawiając pasażera. Koń zawiózł chłopca na wzgórza, na których wędrowcy zbierali gwiazdy. Bohater pieszo wrócił do miasta. Na rynku spotkał spacerujących ludzi oczarowanych widowiskiem tej nocy. Troska o portfel ojca opuściła go zupełnie. Wspólnie ze spotkanymi kolegami szkolnymi udał się na spacer.

Ulica Krokodyli

W biurku ojca znajdowała się stara i piękna mapa miasta. Zawieszona na ścia-nie, zajmowała przestrzeń prawie całego pokoju. Na tej mapie Ulica Krokodyli wyróżniała się spośród innych ulic. Zabudowana w sposób nowoczesny była siedzibą magazynów, składów porcelany, zakładów fryzjerskich. Rdzenni mieszkańcy miasta unikali tej okolicy zamieszkałej przez podejrzany element. Czasami jednak pokusa była zbyt silna i niektórzy zapuszczali się w tę okolicę. Rzeczą znamienną był w niej brak barw, wszystko było szare. Lokale zmieniały swoje przeznaczenie, np. pracownia krawiecka zamieniała się w antykwariat pełen wydawnictw, rycin i fotografii. Wszędzie widać było rozwiązłość. Przechodziły ubrane wyzywająco prostytutki.

Dorożki jeździły bez woźniców pochłoniętych innymi sprawami, na ulicach pojawiły się tramwaje z papier mache. Domy wyglądały, jakby były z tektury. Wszędzie czuło się tymczasowość i tandetę. Nic nie dochodziło do skutku. Była to tylko fermentacja pragnień. Po chwili okazywało się, że nic na tej ulicy nie jest podejrzane. Domy zwyczajne, kobiety normalne. Wszystko było tylko papierową imitacją.

Karakony

Było to w okresie szarych dni. Ojca już nie było. Pokoje na górze wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Po „ptasiej epoce” w mieszkaniu został tylko wypchany kondor, mocno już zresztą zniszczony.

Chłopiec miał żal do matki, że tak łatwo pogodziła się z utratą ojca. Postanowił z nią otwarcie porozmawiać. Leżała w paradnym pokoju wysprzątanym przez Adelę. Pokój lśnił czystością od czasu zniknięcia ojca. Wskazując na wypchanego kondora, chłopiec zapytał: „prawda, że to on?” Zarzucił jej, że rozsiewa kłamstwa o ojcu, które słyszał od Adeli. Zmieszana matka przypomniała inwazję karakonów. Wszyst-kie szpary mieszkania pełne były czarnego robactwa. Szalejący ojciec nabijał je na dziryt i topił w wodzie. Żaden organizm nie jest jednak w stanie wytrzymać takiego strasznego napięcia, w jakim żył ojciec. Zaczął unikać rodziny, krył się po kątach i oglądał ręce, które zaczęły się pokrywać czarnymi plamami, jak łuski karakona. Objawy nasilały się nocą. Wtedy nagi ojciec leżał na podłodze i wykonywał ruchy karakona. Rodzina wyrzekła się go. Nie widywano go całymi dniami. Zamieniał się w karakona. Matka przekonywała syna podejrzewającego, że ojciec i kondor to jedno, że ojciec podróżuje po kraju jako komiwojażer.

Wichura

Tej długiej zimy miasto opanowała ciemność. Długo nie sprzątano strychów, na których zgromadziły się garnki, baterie butelek. Pewnej nocy wezbrały te naczynia wielką, czarną falą i popłynęły na miasto. Ciemność wybuchła ogromną wichurą i szalała przez trzy dni i noce. Z powodu straszliwej wichury chłopiec nie poszedł do szkoły. Pokój zasnuty był dymem wydobywającym się z pieca. Opustoszały z ludzi rynek „lśnił pustą łysiną”. Wiatr hulał wokół domów. Po południu na przedmieściu wybuchł pożar. W domu nie było obiadu, bo nie można było rozpalić w piecu. Nadeszła noc. Wicher wzmógł się.

Od rana nie widziano ojca, podejrzewano, że wichura odcięła mu powrót ze sklepu. Brat i starszy subiekt Teodor postanowili zanieść mu posiłek. Obciążywszy kieszenie żelastwem, wyszli na ulicę. Wkrótce wrócili, tłumacząc, że zgubili drogę i nie mogli dojść do sklepu. Matka podejrzewała, że kłamali. Wyglądali tak, jakby postali chwilę pod oknem i wrócili. Coraz częściej otwierały się drzwi, wpuszczając gości. Przyszła ciotka Perazja. Pomagała Adeli, która skubała koguta. Zapaliła w piecu. Opalony kogut zatrzepotał skrzydłami, zapiał i spłonął. Ogarnięta złością ciotka powoli się kurczyła. W kącie znalazła dwie drzazgi, na których poruszała się jak na szczudłach. Ciągle malejąc, sczerniała i zwinęła się jak spalony papier. Adela dzwoniła garnkami, matka rozmawiała, Teodor stroił śmieszne miny.

Noc Wielkiego Sezonu

W szeregu zwykłych, normalnych lat pojawia się czasami zdziwaczały, fałszywy trzynasty miesiąc. W tym miesiącu miały miejsce takie oto wydarzenia.

Nowe mieszkanie, pachnące farbami, drżało od głosów. Ojciec siedział w tylnym kantorze sklepu pełnym papieru, listów i faktur. Subiekci układali nowe zapasy materiałów mieniące się wszystkimi kolorami jesieni. Przychodziła pora Wielkiego Sezonu. Późnym popołudniem miasto ożywało, ludzie wylęgali na ulice. Płynęła rzeka tłumu. Ojciec z niepokojem nasłuchiwał odgłosów miasta, słyszał nadciągających ludzi. Szukał subiektów, tych jednak nie było. Ojciec podejrzewał, że grzeszą gdzieś w domach. Widział, jak skradali się do okna Adeli. Nagle tłumy zalały sklep. Ludzie żądali materiałów, drapowali je w miękkie fałdy. Sklep podzielił się na doliny wśród zboczy górskich. Kupujący gestykulowali, złorzeczyli i czcili Baala. Ojciec gromił ich proroczym gniewem. Obok stali mężowie Wielkiego Zgromadzenia, dostojni, prowadzący dyplomatyczne rozmowy. Wśród nich przewijał się pospolity tłum bez twarzy. Nagle wędrowcy zaczęli wskazywać coś na niebie. Pojawiły się kolorowe ptaki o fantastycznych kształtach. Było to potomstwo tej ptasiej generacji, która kiedyś zapełniała mieszkanie. Nagle zagwizdały kamienie. Ptaki zaścieliły witrynę. Ojciec dostrzegł tandetność tej generacji stworzonej z papieru i kolorowych piór.

Ojciec powracał smutny. Subiekci wstawali spomiędzy beli sukna. Adela w kuchni mełła kawę. Kot mył się w słońcu.

Ostatnio oglądane

Ostatnio oglądane

Ten portal korzysta z plików cookies w celu umożliwienia pełnego korzystania z funkcjonalności serwisu, dopasowania reklam oraz zbierania anonimowych statystyk. Obsługę cookies możesz wyłączyć w ustawieniach Twojej przeglądarki internetowej. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z ustawieniami przeglądarki.

Zamknij